sobota, 8 marca 2014

Rozdział 33

Witajcie, kochani! :)
Sobota, a więc także i rozdział.
Nie jest rewelacyjny, a do tego krótki, ale już jutro pojawi się kolejna część, która -mam nadzieję- będzie zdecydowanie dłuższa i lepsza.
A więc miłego czytania i komentowania. :)
________________________________________________________



Przyszedł czas, by stanąć na nogi. Otrząsnąć się z przeszłości i zacząć żyć tym co będzie. Wszystko co działo się wcześniej powinno odejść w niepamięć. Złe wspomnienia powinny zostać zastąpione nowymi, lepszymi, wszystko powinno zacząć kroczyć do przodu z podniesioną ku słońcu twarzą i rozchylonymi ramionami, które tylko czekają na powitanie nowych ludzi, którzy w przyszłości zaczną być kimś o wiele ważniejszym… Nie mówiąc o miłości, którą znalazłam. Matka, która jest jej przeciwna powinna w końcu wylądować w domu wariatów, otrząsnąć się i wrócić na ziemię. Nie wie jak było naprawdę, a mimo tego zawsze wtrąca swoje pięć groszy. Zawsze, gdy tylko przekracza próg mojego pokoju, wiem, że szykuje się awantura. Powinnam odpuścić, ale nie potrafię. Argumenty matki nie przekonałyby nawet dziecka, które patrzy na świat przez różowe okulary i wierzy w każde słowo, które –według osoby nakłaniającej- gwarantuje wielkie szczęście, radość i kolorowe życie. Szkoda tylko, że wyrosłam z tych czasów… Z czasów odbierania świata jako raju. Teraz wiem, że ideał świata istnieje tylko w naszej wyobraźni, choć i tam czasami wkradają się gorzkie sceny. Jako ludzie jesteśmy naprawdę inteligentni, zbyt wiele rozumiemy, ale czasami zdarza nam się łudzić, często mamy nadzieję na coś, co według nas samych jest nieosiągalne. Po co w ogóle w naszym życiu jest ten sztuczny zapał, który znika zaraz po tym jak upadniemy? Życie nie przygotowało nas na porażki, to my musimy nauczyć się podnieść i iść dalej, nie patrzyć w tył. Nawet, gdy życie diametralnie się zmienia, my nie dajemy sobie rady… Przynajmniej w moim przypadku… Każdy wypomina mi teraz zmianę charakteru, stylu życia i zachowania. Mówią, że bardzo widać różnicę… Mają rację. Kiedyś byłam inna, słaba, bezsilna, a teraz muszę walczyć ze złem świata, które czyha na mnie ze wszystkich stron – ojciec ćpun, niewyrozumiała matka, ciąża… Po co mi to wszystko? Dlaczego wcześniej te problemy mnie nie dotyczyły? Co zmieniło moje życie? Co pozwoliło mi na tak dalekie posunięcia?
***
Założyłam czarne, wiosenne Adidasy, po czym szybkim krokiem wyszłam z domu. Chciałam jak najszybciej opuścić nieprzyjemny budynek, zdecydowanie bardziej wolałam znaleźć się w szkole. To mój pierwszy dzień po długiej, kilkutygodniowej nieobecności spowodowanej szpitalem. To, że szłam w to miejsce z uśmiechem na ustach było spowodowane myślą o spotkaniu Harry’ego, którego nie widziałam jakieś trzy może cztery dni. Rozmawialiśmy codziennie przez telefon, ale to nie to samo co możliwość wtulenia się w jego cudowne, lekko umięśnione, wytatuowane ciało ochraniające mnie przed złem świata. Szłam więc z uniesioną głową z uśmiechem witając przechodniów. Słońce rozpromieniło się na twarzach mijanych ludzi, przez co zdawali się być bardziej pogodni, weseli, a to tylko poprawiło mi humor. Myśl, że inni cieszą się życiem zadawalała tarze mnie. Zawsze starałam się być osobą dobrej myśli, być ‘’tą optymistką’’, z czasem jednak pozostał  mi jedynie nieubłagalny realizm…
-Witaj, kochanie. – z rozmyślań wyrwał mnie miły, przyjemny, znajomy głos dobiegający zza moich pleców.
-Harry? – powiedziałam zatrzymując się, a następnie odwracając lekko na pięcie.
-We własnej osobie. – powiedział z przepięknym uśmiechem na ustach.
Chłopak rozłożył ręce, co miało pokazać mi, że chce abym przytuliła go i zapomniała o całym źle świata.
-Tęskniłam za tym… - powiedziałam cicho, łącząc swoje ciało z ciałem chłopaka.
-Nie tylko ty… – Zielonooki delikatnie pocałował mój zaczerwieniony, ciepły policzek.
-Więc idziemy? – zaśmiałam się delikatnie.
-Przerywasz taką chwilę. – Loczek również niepochamował rozweselenia. –Chodźmy. – złapał mnie za rękę, splatając przy tym nasze palce.
Serce znów zaczęło bić mi mocniej, jednak bałam się, że będzie musiało przestać, gdy Harry dowie się o ciąży…

niedziela, 2 marca 2014

Rozdział 32

Przepraszam za tą długą nieobecność, ale wena jakoś mi nie towarzyszyła...
Po za tym skończyły mi się ferie, co sugeruje tylko jedno - posty jedynie w weekendy.
No cóż, takie życie. :)
Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną, by towarzyszyć Hayley w jej przygodzie.
Przed nami jeszcze jakieś 10-20 rozdziałów (być może nawet mniej).
W sumie nie powinnam pisać o tym co będzie za jakieś 10 tygodni, bo do tego jeszcze daleko, ale po prostu chcę Was ostrzec. No i znowu zaczynam zmieniać temat...
Więc, podsumowując posty będą pojawiać się w weekendy (piątek, sobota, niedziela).
Dziękuję też za ponad 12000 odwiedzin bloga! Jesteście wspaniali, a co najważniejsze - widzę, że jesteście. :)
Nie przedłużając zapraszam na rozdział, który nie wyszedł tak jak chciałam, ale skoro jest już gotowy, niech zostanie. :)
PS: Jeśli macie pytania dotyczące bloga (i nie tylko) zapraszam -  http://ask.fm/angelikaa2312
___________________________________________________



Po raz kolejny miałam okazję obudzić się w tym samym miejscu – w Londyńskim szpitalu. Znane mi już okropne, białe ściany, niebieska pościel i ‘’pikająca’’ maszyna…
W mojej Sali było jak zawsze duszno, a nasiliło się to ze względu na matkę, która paliła papierosy w pomieszczeniu, w którym nie powinna. Już zdążyłam zapomnieć jak okropną kobietą jest, jednak udało jej się przypomnieć mi wszystko co zrobiła. Z trudem zaciskałam pięści, licząc na to, że lada moment do Sali wbiegnie jakiś starszy mężczyzna w białym kitlu, który uświadomi moją matkę, że są miejsca, w których palenie tytoniu jest surowo zabronione.
Przez długi czas zastanawiałam się, dlaczego podczas ciąży wypala jednego papierosa po drugim. Nie miałam pojęcia, dlaczego jest taka obojętna w stosunku do dziecka, które jeszcze nie przyszło na świat i do mnie (leżałam przecież w szpitalu, a mój stan nie był dobry). Z uwagą przyglądałam się jej zachowaniu. Dopiero po krótkim czasie zauważyłam, że jej włosy straciły blask, nabierając przy tym popielatego odcieniu. Nie były już tak żywe, błyszczące i piękne jak kiedyś. Jej oczy również przestały świecić, tym cudownym, młodzieńczym blaskiem, a skóra wokół nich stała się nieelastyczna, powstały na niej lekkie, płytkie zmarszczki. Jej twarz przestał ozdabiać lekki, świeży makijaż, który zawsze odejmował jej jakieś pięć lat. Teraz go brakowało. Piękne, eleganckie spódnice zamieniły się w przetarte dżinsy, a gustowne koszule w rozciągnięte koszulki i bluzy. Nie wiedziałam skąd ta zmiana, może nawet nie chciałam wiedzieć. Czułam, ze coś za tym stoi.
Jeszcze raz dokładnie oplotłam wzrokiem rodzicielkę, która powolnym ruchem ust wypuściła z nich szarą, gęstą powłokę dymu, następnie wyrzucając peta przez otwarte okno, którym wlatywało świeże, wiosenne powietrze. Kobieta odwróciła się w moją stronę spoglądając na mnie wymijająco. Na jej twarzy pojawił się nieznaczny uśmiech, który zaraz zniknął. Sięgnęła do kieszeni wyciągając z niej paczkę z firmy Malboro, na której wypisane były ostrzeżenia mówiące o tym, że papierosy zabijają i niszczą płuca. Matka przez chwile wbiła spojrzenie w czerwono-białą paczkę, jak gdyby szukała odpowiedzi na pytanie, które ją dręczy.
-Weźmiesz kolejnego? – spytałam półszeptem.
Rodzicielka podniosła na mnie wzrok, który sugerował mi, żebym się nie wtrącała.
-To mój wybór. – rzuciła, po czym otworzyła paczkę wyciągając z niej jednego papierowa.
-Szkoda, że nie dziecka. – przetarłam oczy dłonią.
-Będzie zdrowe. – włożyła papierosa do ust, po czym z kieszeni bluzy wyjęła pomarańczową zapalniczkę.
-Nie byłabym tego taka pewna. – szepnęłam cicho, praktycznie niesłyszalnie.
Nie chciałam rozpoczynać kolejnej kłótni. Nie tak dawno skończyłyśmy dyskusję na temat mojego wyjazdu do ojca, który w rzeczywistości jest zwykłym ćpunem, który powinien czym prędzej trafić do więzienia.
Bezlitosny dupek, pomyślałam przywołując w głowie twarz ojca przytrzymującego mnie usilnie przy ścianie. Okropny widok ciemnego, brudnego pokoju za jego plecami, a także jego dwóch nietrzeźwych, niespełna umysłu kolegów. Najgorsze wspomnienia, które mogły mi wtedy towarzyszyć…
Z przemyśleń wyrwał mnie stary, łysy lekarz, który szybkim krokiem wpadł do Sali. Jego wizyta w tym pomieszczeniu sprawiła, że szybko zerwałam się z łóżka, pozwalając sobie usiąść (a była to jedyna czynność, którą mogłam swobodnie wykonać).
-Mam dla Was wiado… - zaczął, jednak nie dokończył, gdyż jego wzrok wbił się w papierosa, trzymanego w ręce mojej matki. – Co pani wyprawia? – krzyknął.
-Musiałam zapalić! To wszystko przez te nerwy! – wyjaśniła, równie wysokim tonem.
-Nie wspominając o tym, że jest pani w ciąży, chcę przypomnieć, że jesteśmy teraz w szpitalu, wśród chorych ludzi. – wyjaśnił tym razem spokojniej.
-Przepraszam za matkę. – powiedziałam cicho.
-To nie Twoja wina Hayley. – uśmiechnął się nieznacznie, po czym westchnął i znów spoważniał. – To może być dla ciebie szok… Nawet nie wiem jak Ci to powiedzieć… Hayley, jesteś w ciąży!
Na te słowa po prostu zamarłam. Nie miałam odwagi spojrzeć na matkę. Moje serce biło szybko i niekontrolowanie. Ostatnie zdanie wypowiedziane przez mężczyznę było jak porządny kop od życia.

niedziela, 23 lutego 2014

Informacja

Chciałam powiedzieć, że zawieszam bloga na tydzień (w dniach 23-28 luty).
Przepraszam, ale muszę zacząć trochę bardziej się uczyć, przy czym jednocześnie nie chcę, żebyście pomyślały, że opuściłam bloga. To tylko tydzień i obiecuję, że wrócę do Was z nowymi pomysłami.
Dziękuję za wyrozumiałość. :)
Po za tym w zakładce 'PYTANIA' pojawiło się jedno odnośnie mojego aska, a więc proszę bardzo:  http://ask.fm/angelikaa2312
Możecie zadawać mi pytania na temat bloga (i nie tyko). :)

środa, 12 lutego 2014

Rozdział 31

Już jest! Przed Wami nowy rozdział do tego całkiem długi. :)
Mam nadzieję, że Wam się spodoba i, że zostawicie po sobie jakiś komentarz, który zmotywuje mnie do pisania kolejnych rozdziałów przygód Harry'ego i Hayley. :)
Co tu dużo pisać? Zapraszam do czytania i zachęcam do komentowania! ;)






_________________________________________________________________



Loczek dokładnie znał adres mojego ojca, choć mimo tego, że wiedział którędy mamy pójść czuł wielką presję, która z biegiem czasu ogarnęła także mnie. Widziałam jak jego drżące z niepokoju dłonie delikatnie muskały moje pace, jak ciemnoczerwone usta zaciskały się silnie, a zaczerwieniona twarz wręcz ‘’płonęła’’ na moich oczach. Już z daleka można było wyczuć napięcie, które odczuwaliśmy oboje. Nie sądziłam, że siedemnastolatek aż tak boi się konfrontacji z człowiekiem, który kilka lat temu wybrał narkotyki, zamiast pozostać z rodziną. Sama czułam ogromną niechęć na myśl, ze spotkam tego zwyrodniałego człowieka, który myślał tylko o sobie. To najgorsze uczucie w życiu – spotkanie z osobą, która zostawiła cię, nie mając żadnego interesu z twojego istnienia. Wybrał to co według niego było najlepsze – narkotyki.
Według różnych, usłyszanych ostatnio przeze mnie opowieści ojciec był palaczem marihuany, do której z czasem dołączyły inne proszki. Słyszałam także, że niedawno wyszedł ze szpitala, gdzie spędził dobre kilka miesięcy na odtruwaniu, ponieważ chciał popełnić samobójstwo. Wiele też wskazywało na to, że był na odwyku i na długi czas skończył z środkami odurzającymi lecz to niestety do niego powróciło.
Od mamy dużo można było słyszeć na temat Jack’a, ale nigdy nie mówiła, że opowiada o ojcu, była niedosłowna. Jako ojca traktowałam jedynie człowieka nazywanego ‘’wspomnieniem’’, a właściwie ‘’osobą, która zginęła w wypadku’’. Nic więcej. Matka nigdy nie chciała o nim rozmawiać, o tym jak zginął i o tym, gdzie jest jego grób, za to często mówiła o nieznajomym mężczyźnie, który wpadł w sidła narkomanii i alkoholizmu. Nigdy nie spodziewałabym się, że mówi o kimś tak ważnym w życiu każdego dziecka, w życiu każdego dorosłego, w moim życiu.
***
Szliśmy dość pośpiesznym krokiem, gdyż słońce zaczęło chować się za horyzont, a małe miasteczko na obrzeżach Londynu przykryła szara, gęsta mgła. Chmury na niebie miały ciemny, granatowy odcień, który sygnalizował, że lada moment z nieba lunie okropny deszcz. Nie czekaliśmy długo, gdyż byliśmy w środku drogi, gdy z nieba raz po raz zaczęły sączyć się małe, lekkie krople, które zaraz przerodziły się w siarczystą ulewę.
-Harry, co teraz zrobimy? Nie mamy parasolek, kurtek, nic! – przystanęłam, po czym złapałam chłopaka za nadgarstek.
Loczek także zatrzymał się. Jego czarny sweter był przesiąknięty do suchej nitki, a kasztanowe loczki zwijały się, mimo, że zgromadziły w sobie ogromną ilość wody.
-To! – powiedział, po czym z lekkością ułożył dłoń na moim policzku.
Przez chwilę patrzył na mnie słodko uśmiechając się pod nosem. Raz spoglądał w moje oczy wyszukując w nich mojej duszy, raz na moje rozgrzane do czerwoności usta, które zaczęły niekontrolowanie drżeć.
Woda spływała po moich włosach, które zaczęły przylegać do moich zaróżowionych policzków. Chłopak energicznie odgarnął je, po czym lekko rozchylił usta, po których zaczęła skapywać ciecz z nieba. Dopiero po chwili Loczek zmrużył oczy i zbliżył się do mnie. Moje powieki także opadły. Pocałował mnie.
Staliśmy pośrodku chodnika, wpijając się w siebie. Czułam jak usta chłopaka delikatnie muskają moje, a dłoń powolnymi ruchami toczy wzorki na moim policzku i mojej talii. Moje ręce były zarzucone na szyje chłopaka, który wykorzystał sytuację, by podnieść mnie. Moje stopy nagle oderwały się od ziemi. Uczucie to było porównywalne do lotu, przyjemnego lotu.
Podświadomie wiedziałam, że mijający nas przechodnie patrzą na nas, obserwują nas, ale my nie zwracaliśmy na to żadnej uwagi. Nasze pocałunki trwały w nieskończoność.
***
-Na pewno chcesz tam wejść? – Harry stanął w bezruchu obserwując mały, czteropokojowy dom, zbudowany z szarej cegły.
-Jestem pewna. – powiedziałam stanowczo, po czym udałam się w stronę ciemnobrązowych drzwi.
-Iść z tobą? – zapytał, stojąc tuż za mną.
-Poradzę sobie. – gwałtownie nacisnęłam klamkę domu, po czym lekko zapukałam do drzwi.
-Kto tam? – burknął nieprzyjemny głos z zewnątrz budynku.
 Jeszcze na chwilę odwróciłam się w stronę loczka, by upewnić się, że będzie na mnie czekał.
Przekroczyłam próg, gdzie powitał mnie szary, brudny, zapuszczony korytarz. W środku panowała ciemność, przy której z trudem mogłam zauważyć, że na bladoniebieskich ścianach widniały różne, niecodzienne napisy wymazane niezgrabnie czerwonym sprejem do graffiti. Na podłodze było widać jedynie ciemny, niechlujny, zabrudzony dywan, na którym porozrzucane były zużyte, nieestetyczne strzykawki.
-Mogę wiedzieć kto przyszedł? – mruknął kolejny głos, który dobiegał zza zniszczonych drzwi po prawej stronie.
Długo zbierałam się na odwagę, by wejść do pomieszczenia. Dopiero po krótkich rozmyślaniach udało mi się zapukać. Paraliżujący strach przeszył moje ciało na wylot. Wiedziałam, że nie ma odwrotu.
-Proszę wejść, do jasnej cholery! – ktoś wyraźnie krzyknął.
Moja ręka powolnym ruchem spoczęła na klamce. Przez chwile przygotowywałam się na widok jaki spotka mnie za obskurnymi drzwiami. Wiedziałam, że gdy je otworze, muszę stawić czoła temu co mnie za nimi czeka. Udało się. Nacisnęłam klamkę, po czym delikatnie uchyliłam drewniane drzwi. Trudno było mi uwierzyć w widoku, który mnie spotkał – trzech długowłosych mężczyzn siedziało wokół stołu, na którym stało kilka małych, kolorowych świeczek. Tylko one dawały światło, przy czym dokładnie podświetlały proszki, noże, strzykawki i skręty, które leżały obok. Reszta pokoju była ciemna, nie można było w nic dostrzec. Faceci, siedzący tam gwałtownie odwrócili się w moją stronę. Ich oczy były przekrwione, czerwone, włosy brudne, a twarze nieogolone, zarośnięte, ubrania to jedynie zwykłe niechlujne szmaty, jakby wyciągnięte wprost ze śmietnika. Ich ręce były odkryte, przez co dokładnie pokazywały zasinienia i miejsca po strzykawkach.
-Kim jesteś? – spytał jeden z nich, po czym podszedł do mnie.
Serce podeszło mi do gardła. Chciałam usiec, ale nie mogłam, gdyż mężczyzna, który do mnie podszedł z wielką siłą zatrzasnął za mną drzwi.
-Ja jeste… - zaczęłam, starając się zachować spokój.
-Nie ważne kim jest! Przyszła tu, przeszkodziła nam, więc za to zapłaci! – powiedział drugi, jego ton był bardzo złośliwy i szyderczy.
-Tak myślisz? Powinniśmy? – długowłosy brunet, który stał obok mnie zbliżył swoją twarz do mojej szyi, tak, że teraz dokładnie mogłam czuć jego oddech na swojej skórze.
Ręce rozpoczęły swoją fazę sparaliżowania, nogi także odmówiły mi posłuszeństwa.
-Musimy. Dawno nie było u nas gości. – facet przy stoliku uśmiechnął się złowrogo, po czym zgarnął ze stołu gotowego skręta.
On także wstał i udał się w moim kierunku. W ciągu kilkumetrowej drogi zdążył zapalić jointa. Zaciągnął się, a gdy był już przy mnie wypuścił cały dym z ust na moją twarz. Starałam się zachować ogromny spokój, bałam się, że coś może się wydarzyć.
-Taka niewinna dziewczynka nie powinna była przychodzić tu sama… - powiedział, po czym zaciągnął się po raz kolejny. – Mamy dla ciebie niespodziankę. Weź strzykawkę Jack. – odwrócił się w stronę ostatniego mężczyzny przy stole.
Imię wypowiedziane przez ćpuna przez długo krążyło mi w głowie, tak jakbym nie pamiętała do kogo należy, jednak wiedziała, że znam kogoś o takim imieniu.
Trzeci długowłosy mężczyzna wstał od okrągłego stolika, przy okazji zabierając ze sobą strzykawkę pełną jakiegoś płynu. Z mojej piersi wymknął się jedynie cichy jęk. Mężczyźni gwałtownie popchnęli mnie na ścianę, by później móc obkrążyć mnie dookoła.
-I co teraz powiesz? – zaśmiał się jeden z nich.
Moje serce stanęło. Byłam człowiekiem, który nigdy nie wie co robić w sytuacjach takich jak ta. Nie miałam pojęcia jak się zachować. Czułam, że jest mi duszno, że nie mogę oddychać, że zaraz zemdleje. Ostatkiem sił trzymałam się na nogach. Jak przez mgłę widziałam strzykawkę, którą wyrywali sobie z rąk. Wielkie nieszczęście spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Wiedziałam, że nie ma dla mnie żadnego ratunku. Na przedramieniu poczułam mocne ukłucie, porównywalne do ugryzienia ogromnego owada. Płyn już miał dostać się do moich żył, jednak coś w tym przeszkodziło. Wielki huk, jak gdyby rozwalających się drzwi. Troje mężczyzn gwałtownie odsunęło się ode mnie, zabierając ze sobą strzykawkę.
-Kim jesteś!? – krzyknął jeden z mężczyzn.
Powieki opadły na moje zaszklone oczy. Osunęłam się na ziemię. Mogłam jedynie słyszeć długą walkę, która rozgrywała się w pokoju. Po kilkuminutowych porachunkach, poczułam czyjeś dłonie na moich ramionach.
-Hayley, wszystko w porządku? – usłyszałam zachrypnięty głos Harry’ego, po czym otworzyłam oczy, nie widząc przed sobą nic.
-Nie Harry, nic nie jest w porządku. – mruknęłam.
-Hayley… - usłyszałam cichy szept, a na skórze poczułam mokre łzy kapiące z twarzy Loczka, a na policzku jego nieregularny oddech.
-Harry, nie martw się. – powiedziałam, po czym zamknęłam oczy.
 

wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział 30

Nie mogę uwierzyć, ale muszę to powiedzieć... Wczoraj przekroczyliście 10000 wyświetleń. Bardzo Wam za to dziękuję i naprawdę nie wiem co powiedzieć. Jesteście wspaniali!
_______________________________________________________



Złapałam rozgrzaną dłoń chłopaka, który w tym samym momencie splótł ze sobą nasze smukłe palce. Spojrzał na mnie swoimi pięknymi, błyszczącymi, zielonymi oczami, po czym delikatnie uniósł kąciki ust ku górze, pozostawiając resztę twarzy kamienną. Wiedziałam, że był gotowy zrobić dla mnie wszystko, by pomóc mi, po za tym sam wiedział, że dużo dokonał. Postarał się, gdyż byłam jeszcze w szpitalu, gdy on odnalazł aktualny adres mojego ojca. Nie powiedział mi o tym od razu, ale byłam pewna, że zrobił to dla mojego dobra. Domyślił się, że chciałabym uciec ze szpitala, gdyby tylko dał mi dane mojego ojca wcześniej. Zaraz po opuszczeniu przeze mnie szpitala zadzwonił do mnie i powiedział o wszystkim. W jego głosie słyszałam duże zaniepokojenie. Obawiałam się, że znalazł zbyt wiele informacji, nawet takich, które nie były potrzebne.
-Nazywa się Jack Wilson… - powiedział, nadal trzymając w zaciśnięciu moją dłoń.
-Jack? – powtórzyłam niepewnie. – Skąd ja kojarzę to imię?
Zamyśliłam się na chwilę, by móc dokładnie przypomnieć sobie mężczyznę o takim imieniu. Chwila ciszy przywołała wiele naprawdę ciekawych wspomnień z wczesnego dzieciństwa, jednak w mojej głowie utknęło jedno – opowieści mojej babci. Starsza kobieta, matka mojej rodzicielki, siedząca tuż przy moim łóżku na starym, skrzypiącym, bujanym fotelu. Zawsze późnym wieczorem przychodziła do mnie, by opowiedzieć mi historię, które nigdy nie miały miejsca (przynajmniej nie powinny). Były to krótkie, spójne opowiastki o biednym, nieposłusznym Jack’u, który w swoim życiu natrafił na wielkie nieszczęście i smutek. Stracił rodzinę, często chorował, miał złych, nieodpowiednich przyjaciół. W końcu po długim odnajdywaniu swojej Itaki, spotkał przepiękną, zamożną księżniczkę Julie, która obdarowała go wspaniałym, wiecznym uczuciem. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie szczegół, że główny bohater bajki powraca do starych nawyków, by księżniczka Julia nie cierpiała z jego powodu…
-Babcia kiedyś opowiadała mi historię… O Jack’u i Julii… Julia to moja matka, a Jack to mój ojciec… - z moich oczu popłynęła pierwsza tego dnia łza.
-Nie płacz, kochanie. – chłopak powolnym ruchem zbliżył wolną dłoń do mojej twarzy, by z lekkością motyla zetrzeć z niej kroplę słonej wody, która kierowała się w stronę zaczerwienionego policzka.
-Harry, teraz wiem, że moja rodzina opiera się na kłamstwie. – powiedziałam po czym mocno wtuliłam się w rozciągnięty, czarny sweter chłopaka, który połyskiwał w świetle południowego słońca.
-Bądź silna. Przed nami długa droga. – Zielonooki wyraźnie zacisnął usta, nadal obejmując mnie.
Loczek miał zupełną rację. Przed nami było około sto kilometrów długiej, męczącej podróży autobusem.
***
Siedzenia były praktycznie wolne, a ludzie dopiero zaczęli wsiadać do pojazdu, gdy nasza dwójka zdążyła wygodnie usadowić się na miejscach siedzących. To Harry zajął miejsce od okna, by móc obserwować drogę. Mimo, że nadal znajdowaliśmy się na przystanku, chłopak cały czas z uwagą patrzył na wiosenny, Londyński krajobraz mieszczący się za oknem. Słońce oświetlało jedynie jego twarz, przez co on zaczął mrużyć oczy. Na krótką chwilę odwrócił się w moją stronę, tak jak gdyby chciał sprawdzić czy wszystko jest w porządku.
-Oprzyj się. – powiedział z uśmiechem.
Posłuchałam loczka. Wygodnie oparłam się na jego umięśnionym ramieniu.
-Hayley? – pytał niepewnie.
-Tak? – mruknęłam cicho.
-Mówiłem już, jak bardzo Cię kocham? – spytał.
Na mojej twarzy pojawił się jedynie lekki uśmiech. Słowa chłopaka od razu dodały mi skrzydeł.
Szablon by S1K